Oceń artykuł
Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów: 1
2026-09-04
Są takie momenty w życiu, kiedy życie mówi: sprawdzam.
I mówi: stop.
W moim przypadku dosłownie i w przenośni. Zastopowało mnie na 113 kilometrze treningu. Kilometr od domu.
Spieszyłem się. Byłem zmęczony. Przejazd rowerowy, który pokonywałem setki razy, tym razem okazał się tym, na którym potrąciło mnie auto. Z tego przejazdu wyjechałem karetką na SOR.
Siedziałem na chodniku, czułem narastający ból w nodze i stopie i pomyślałem sobie: czyli tak to wygląda.
Byłem oszołomiony i skołatany. Wiedziałem, że muszę wykonać trudny telefon do żony. Przekazać jej, że jej dzisiejsze plany też legły w gruzach, bo miałem poważny wypadek.
Falowałem między „kur@#wa, co teraz” a „no dobrze, że jestem prawie cały”.
Byłem jak za szybą. Jak za szkłem.
Zdecydowałem jednak, że nie będę z tym walczył. To już się stało. Nie mam na to wpływu. Mam wpływ na to, co będzie dalej.
Mogę się denerwować, wkurzać i przeklinać. Mogę też potraktować to jako element drogi, jaką jest życie.
Kolega, kiedy usłyszał, że mam złamaną prawą nogę i stopę, i że jestem w gipsie, powiedział:
- Łukasz, przecież to jest ta noga od gazu.
Uśmiechnąłem się. Bo coś w tym jest.
Wróciłem właśnie z urlopu z synami i z moim tatą. A i tak miałem wrażenie, że ostatnio żyłem tak, jakbym w swoim aucie na stałe włączył tryb sportowy. Szybkość. Zrywność. Przyspieszenie.
Teraz nie chodzę.
Na rower może wsiądę na kolejną wiosnę. Bieganie jeszcze później.
Część mojego życia, która przez dwanaście lat była jego nieodłącznym elementem - ta, która mnie stabilizowała i trzymała w pionie po wyjściu z uzależnienia - wylądowała na półce z etykietą „na później”.
To był czas i przestrzeń, w której medytowałem w ruchu. Czas na retrospekcję wydarzeń. Czas na odpowiedzi, które przychodziły podczas biegu. Na zachwyt nad pięknem natury, kiedy jadąc lasem we mgle o szóstej rano mijało mnie stado saren.
I w jednej sekundzie wszystko to znika z mojego życia.
I dlatego o tym piszę.
Bo jest taka stara chińska przypowieść.
Starzec mieszkający przy granicy traci konia. Sąsiedzi przychodzą współczuć. On pyta: skąd wiecie, że to nieszczęście? Po kilku miesiącach koń wraca i przyprowadza ze sobą drugiego. Sąsiedzi gratulują. Starzec: skąd wiecie, że to szczęście? Syn zaczyna jeździć na nowym koniu, spada i łamie nogę. Sąsiedzi znów współczują. Starzec: skąd wiecie, że to nieszczęście? Rok później przez granicę wchodzi wojsko. Wszyscy zdolni do walki idą na wojnę i większość z nich ginie. Syn - kulawy - zostaje w domu. Przeżywa.
W tej historii też chodzi o złamaną nogę. Nie wymyśliłem tego.
Więc czy moje złamanie i fakt, że przez kilka miesięcy będę dochodził do siebie, to dobrze, czy źle?
Nie wiem.
Wiem tylko tyle: mam teraz czas na rzeczy, na które zawsze było go za mało.
Na rodzinę. Na czytanie. Na pisanie. Na rozmowy, które ciągle odkładałem.
Na przemyślenie spraw, które też czekały na półce „na później”. Na wyciągnięcie wniosków. Na odłożone na kiedyś decyzje.
Mam wrażenie, że czas się zatrzymał.
Że mam więcej czasu w czasie.
Jest też ból fizyczny i nowa rzeczywistość. Ale cenię w sobie to, że szybko adaptuję się do nowych warunków.
Kilka razy w moim życiu życie robiło mi stop.
Urwane filmy i ciężkie poranki. Niedowiezione obietnice. Trudne pytania od dzieci. Pierwszy dzień w ośrodku leczenia uzależnień.
Wtedy oceniałem to jako coś, o czym najchętniej bym zapomniał. Nie miałem świadomości, że to element drogi, która zbudowała mnie takiego, jakim dziś jestem.
Nie chodzi o to, że wszystko było potrzebne. Część tych rzeczy nie powinna się wydarzyć.
Ale każdą z nich dało się przepracować. I dopiero przepracowana stała się fundamentem zmiany i dzisiejszej perspektywy.
Dlatego nie użalam się nad sobą. Patrzę na te sytuacje z nadzieją i odwagą. Bez pytania: dlaczego ja? Pytam inaczej: czego mogę się z tej lekcji nauczyć?
I to, co było faktycznym wypadkiem, może okazać się zupełnie nową drogą.
Drogą, która miała swój początek na 113 kilometrze.
A życie i czas ocenią, czy ta sytuacja była lekcją, czy prezentem.